Koniec Wirtulandii. Na szczęście.

09.08.2011
Koniec Wirtulandii. Na szczęście.

 

Powiało grozą. Gdy czytam nagłówki komentarzy to aż strach się bać: „Panika na bliskowschodnich giełdach w reakcji na cięcie ratingu USA.” „Ameryka już nie jest idealna. Świat wstrzymał oddech.” „DNA Rynków: A jednak koniec świata?” Co się stało? Jedna z agencji ratingowych - S&P (jedna z trzech najważniejszych), obniżyła wiarygodność kredytową USA z najwyższej – AAA, do AA+. To nie koniec złych wiadomości. Włochy i Hiszpania mają coraz większe kłopoty z obsługą gigantycznego zadłużenia, a to przecież kraje zupełnie innego kalibru niż Grecja, Portugalia czy Irlandia.
Czy jednak te wydarzenia są zaskoczeniem dla rynku? Nie. Agencja S&P już dwa miesiące temu ostrzegała przed możliwością zrobienia takiego kroku. W piątek wieczorem ta możliwość stała się faktem i co więcej, była jak najbardziej spodziewana. Tak samo od dłuższego czasu, wiadoma jest trudna sytuacja Hiszpanii i Włoch. Te realne zagrożenia dla rynku akcji – dla ich bieżących wysokich notowań – kilka miesięcy temu, kilka tygodni temu zostały zignorowane i rynek, świadom tych zagrożeń, bił kolejne rekordy notowań. Dlaczego? Taka jest już natura rynków: liczy się trend, siły popytu i podaży. Czy jednak dzisiejsze wydarzenia nie świadczą o tym, że trend wzrostowy przynajmniej w średnim terminie nie został załamany? Nie mam zielonego pojęcia i tak samo nie mają o tym pojęcia analitycy, którzy w takich właśnie sytuacjach uwielbiają zabawy w prognozy rynkowe: bo jest wielu niedoświadczonych inwestorów potrzebujących takiego wróżenia z fusów.
Czy są jakieś pozytywy bieżącej sytuacji? Przyjrzyjmy się bliżej. Chociaż zadłużeniowy cyrk w USA i innych wysoko rozwiniętych krajach trwa od kilkudziesięciu lat, to aż do 2008 roku niemal żaden ekonomista, żaden analityk nie widział w tym większego problemu. Do tej pory była to operacja całkowicie rutynowa: przez ostatnie 10 lat kongresmani zwiększali limit 10 razy. Od 1917 roku, kiedy go wprowadzili - około 100 razy ! Chociaż przekraczanie kolejnych progów uznawano naturalny element ekonomicznej rzeczywistości, to w rzeczywistości problem cały czas narastał.
Dlaczego nikt go nie zauważał? Jakiego problemu? Przecież Stany Zjednoczone to najbardziej wiarygodny dłużnik na świecie. Chiny i inne wschodzące kraje mają gigantyczne nadwyżki do zagospodarowania i będą większość tej nadwyżki lokować bezpiecznie.  Amerykański dolar jest walutą międzynarodową.  I tak dalej, i tak dalej. Nie ma żadnego problemu – tak się wszystkim wydawało. Problemu nie widzieli ekonomiści – bo nauczono ich, że życie na kredyt, nie tylko obywateli, ale także państw, to jeden z najważniejszych czynników bieżącego wzrostu gospodarczego. Problemu nie widzieli obywatele – bo tu i teraz żyło im się lepiej; nie ważne, że na kredyt zaciągany osobiście, a tym bardziej nie ważne, że na kredyt „wirtualnego bytu” jakim jest państwo. I wreszcie problemu nie widzieli politycy – bo zyskiwali głosy wyborców finansując na kredyt mnóstwo super gadżetów dających obywatelom nie tylko komfort ale przede wszystkim iluzję bezpieczeństwa, w postaci: niezwykle hojnych nieczułych na demografię systemów emerytalnych, opieki społecznej ubezwłasnowolniającej obywateli, zasiłki dla bezrobotnych i jeszcze 100 innych pomniejszych gadżetów.


Balanga trwała. Można powiedzieć na całego. No ale gdzie te pozytywy skoro mamy kryzys? Świadomość tego, że życie kredyt to właśnie iluzja, Wirtulandia. To właśnie jest niezwykle budujące.  Podczas kryzysu z lat 2008-2009 Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi a nawet Włosi i Grecy uświadomili sobie, że nie można żyć na kredyt, że „takie życie to żadne życie”.  To jest ten wielki pozytyw trwającego od trzech lat kryzysu. Mam nadzieję, że te trzy lata życia w nowej rzeczywistości miały duży wpływ na świadomość, wystarczająco duży, aby obywatele wysoko rozwiniętych krajów pogodzili się również z tym, że ich państwa – wcale nie wirtualne byty – także nie mogą żyć na kredyt.

Politycy już teraz pogodzili się z tym faktem – zmuszając siebie a także własnych obywateli do bolesnych konsekwencji wynikających z ograniczania wydatków i lepszej gwarancji spłaty długów. W mojej opinii ostry wielotygodniowy spór republikańskiej większości w Kongresie z prezydentem Obamą o kolejne podniesie limitu zadłużenia nie zrobił nic złego. Wielu komentatorów twierdziło: To walka polityczna. Niepotrzebne rzucanie cienia na wiarygodność USA jako kredytobiorcy. Jednak można na ten spór spojrzeć inaczej.  Ta debata, przepychanki między Republikanami a Demokratami,  była nie tylko potrzebna ale i konieczna – do trwałego wyjścia z kryzysu, do trwałego uzdrowienia gospodarki USA.  Można nawet powiedzieć: Nareszcie. Problem gigantycznego długu USA przestał być problemem wirtualnym. W mojej opinii, nie mają znaczenia uspakajające słowa Warrena Buffeta, jakie wypowiedział po decyzji obniżającej rating USA: - „Nie rozumiem tego. W Omaha USA wciąż ma rating AAA. Gdyby był rating "poczwórne A" dałbym go właśnie Stanom”. Także nie mają znaczenia słowa innego guru inwestorów giełdowych, Jimmiego Rogersa:- „Wydaje mi się rzeczywiście niemożliwe aby USA kiedykolwiek spłaciły swój dług. Mogą go rolować i nadal uprawiać szarady, ale Stany Zjednoczone to bankrut.” Jak obaj przyznali zajmują zupełnie przeciwne pozycje na rynku i z tego wynikają ich słowa i czynią kompletnie niewiarygodnymi.

Ja lubię uprawiać tzw. proste myślenie. I tak sobie myślę, co by było gdyby podwyższenie limitu zadłużenia przeszło bezboleśnie, tak jak wielokrotnie w przeszłości, na zasadzie – tak zawsze robiliśmy w przeszłości, tak zrobiliśmy także teraz. Zapewne rynek akcji byłby dzisiaj dużo wyżej. Nadal inwestorzy, mieszkańcy Stanów Zjednoczonych żyliby w błogiej nieświadomości: długów do spłacenia. A stało się inaczej. Dyskusja uświadomiła problem i zmusiła administrację Obamy do bolesnych cięć budżetowych. Jedni mówią, że są one za małe, inni że zupełnie niepotrzebne. Przyszłość pokaże. Po raz pierwszy w historii obniżono rating USA i wypowiedziano groźby o dalszych obniżkach. Uświadomiono problem i zmuszono do podjęcie pierwszych decyzji. Czy będą one wystarczające?  Najlepszą odpowiedzią będą słowa dr. Petera Hahna z Departamentu Finansów Cass Business School: "Nikt nie wie, jak wysoki dług w przypadku USA jest za wysoki (obecnie bliski maksymalnego progu 14,3 bln USD), ale nikt nie wie też, na jakim poziomie zagraniczni wierzyciele zaczną się nim niepokoić i stracą zaufanie".

Czy oddłużanie wielu państw się powiedzie? Gdyby nie to, że od dwóch lat społeczeństwa państw wysokorozwiniętych żyją w kryzysowej rzeczywistości – w realnym świecie zamiast w Wirtulandii – nie miałbym żadnych wątpliwości i powiedziałbym, że nie. A tak jest cień szansy, że wdrażane i zapowiadane ogromne cięcia wydatków, równoważenie budżetów zostanie zaakceptowane przez obywatela, przez każdego z nas. Perspektywy światowej gospodarki (oczywiście te długoterminowe), są o wiele lepsze dzisiaj niż 2007 roku - gdy mamiono nas wszystkich iluzjami  w stylu: – Śmieciowe kredyty hipoteczne subprime zawierane „na gębę” to nie problem, bo USA są nieprawdopodobnie silną gospodarką i jak pokazują indeksy giełdowe, poradzą sobie także z tym problemem.

Dzisiaj nikt takich bzdur nie śmie powtarzać. Na szczęście. Nie wiem tylko czy na szczęście dla, czy może dla moich dzieci a może dopiero wnuków.

Maciej Rogala

 

Maciej RogalaMaciej Rogala – doświadczony konsultant i szkoleniowiec, specjalizujący się w funduszach inwestycyjnych i dobrowolnych planach emerytalnych. Prowadzi firmę doradczo-szkoleniową EDINEM – Edukacja Inwestycyjna i Emerytalna. Jest autorem czterech książek, w tym trzech poradników inwestycyjnych: Otwarte fundusze inwestycyjne. Zasady są proste (2006 rok), Rozważny inwestor. Daj sobie radę (2010 rok) oraz III filar Twojej Emerytury. Przygotuj dobry plan na lepszą przyszłość (listopad 2011).